140 Obserwatorzy
33 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

Beckett i cała reszta

Sen o kobietach pięknych i takich sobie - Samuel Beckett

 

Pierwsza powieść irlandzkiego geniusza, napisana w wieku 26 lat, wzgardzona przez wydawców, napisana hermetycznym językiem łączący m.in. francuski, włoski i niemiecki (nieprzekładane przez polskiego tłumacza), przegadana, wydana po śmierci pisarza – to nie jest najlepszy temat na porządną recenzję. Pewnie, że można komentować bardziej radykalne teksty, "Finnegan's Wake" chociażby, ale silenie się na jakąkolwiek obiektywność jest w takiej sytuacji zupełnie bez sensu. Dlatego dziś kilka luźnych uwag, niekoniecznie o Becketcie.

 

Po pierwsze – "Sen o kobietach pięknych i takich sobie" to nic innego, jak jeden z portretów artysty z czasów młodości. Najwięcej ma wspólnego z podobnym portretem Joyce'a (Dublin, styl, inspiracja), ale można też przywołać Gombrowicza (którego z Beckettem łączy ironiczne spojrzenie na swojego bohatera), a nawet Witkacego ("622 upadki Bunga" to również przegląd młodzieńczych miłości, a do tego dochodzą zabawne imiona, np. Smeraldina-Rima, Syra-Kuza, Arschlochweh). I tak już w pierwszym akapicie niedoszła narzeczona głównego bohatera nazwana jest tłumokiem, koledzy Belacquy zazwyczaj są pijani, a podstawowym lejtmotywem jest sytuacja, w której przyszły geniusz jest wyrzucany znad nabrzeża przez dozorcę. To znacznie ratuje sprawę, od razu zjeżdżamy z wysokiego C i oddychamy swobodniej.

 

Lektura powieści Becketta może być świetną okazją do nostalgicznych wspomnień dla każdego absolwenta studiów humanistycznych. Znajomi Belacquy to postaci dość uniwersalne – są przemądrzali, ale dobroduszni i w gruncie rzeczy mili, a przeintelektualizowane, do niczego nie prowadzące dialogi to przecież sama esencja uniwerku. Dlatego zdania typu "Czy zechciałbyś zapłacić temu człowiekowi, bo ja wydałem ostatnie Groschen na butelkę" przyjemnie rozczulają. Ale też przyglądanie się samemu sobie przy pomocy tak wykrzywionego speculum jak młodzieńcza powieść Becketta musi prowadzić do poczucia obcości. Co to za ludzie i co niby ja mam z nimi wspólnego?

 

Jest też portret miasta – wszak autor jest jednym z Wielkich Dublińczyków. Ciągle tam zimno, wieje i pada. Dlatego nie mogę uwolnić się od refleksji o swoim własnym, zimnym i deszczowym miasteczku ("Następnie, pragnąc w pełni wykorzystać przenikliwy północno-zachodni wiatr, obrócił się na wychłodzonym, przemoczonym siedzeniu i zwiesił nogi nad kanałem"). Nic dziwnego, że bohaterowie nieustannie uciekają na kontynent, w łagodniejsze i przyjemniejsze miejsca (Paryż, Kassel, Wiedeń). Boję się jednak, że tak karkołomne skojarzenie nie może ujść mi na sucho. Porównywanie Kołobrzegu do Dublina jest jak zderzenie Lecha M. Jakóba z Jamesem Joycem.

 

I jeszcze kilka słów o języku awangardy. Dużo się pisze o milczeniu Becketta, ale niewiele o jego gadatliwości. A właśnie taka jest jego wczesna książka – rozgadana, rozbuchana, nieskromna, fragmentami niemal nieczytelna. Na przykładzie Becketta można zaobserwować pewną charakterystyczną dla awangardy właściwość – żywiołowa, ekspresyjna forma często ulega uproszczeniu, aż po skrajną, minimalistyczną redukcję. Zależność taką znajdziemy też w muzyce - zarówno tej "poważnej" (Penderecki, Górecki), jak i awangardowej elektronice (cała scena powstała na gruzach Throbbing Gristle, a zwłaszcza Coil). Dodajmy do tego ascezę Coltrane'a i witkacowski rygor formy, a łatwiej będzie zauważyć, że Beckett bełkoczący w "Śnie o kobietach pięknych i takich sobie" to ten sam Beckett, który milczy w "Końcówce", bez szukania tropów po całej spuściźnie Irlandczyka.

 

A może zbytnio upraszczam? Tak czy siak, miało być o Becketcie i całej reszcie, ze szczególnym naciskiem na całą resztę.

Juan José Millás, Porządek alfabetyczny

Świetna książka Millása, mało u nas znanego hiszpańskiego pisarza, ulotniła się z polskiego internetu jak pojęcia z encyklopedii głównego bohatera "Porządku alfabetycznego". Szkoda, bo to jedna z najlepszych pozycji wydanych przez W.A.B. w serii z Don Kichotem i Sancho Pansą, na pewno zasługuje zatem na pamięć wśród czytelników. Porównywana jest często do "Alicji w krainie czarów", z zastrzerzeniem jednak, że to powieść dla dorosłych. Chodzi przede wszystkim o mieszanie się świata realnego z dziecięcą wyobraźnią, w której znikanie liter i słów wywołuje niesłychany zamęt. Mam wrażenie, że koniecznie trzeba tu dodać inny kontekst – opowiadania Brunona Schulza. "Porządek alfabetyczny" z pewnością nie jest nimi inspirowany, jednak chodzi o coś mniej więcej podobnego – wyobraźnia dziecka stwarza alternatywny świat, w którym ojciec jest demiurgiem, a słowa tworzą nowe odnogi czasu i zmodywfikowane wersje rzeczywistości. U Schulza zaginioną księgę stanowiły gazeta z reklamami oraz markownik, u Millása są to encyklopedie i kurs angielskiego dla początkujących.

 

Równie ważna jest druga część książki, w której sytuacja się odwraca – bohater jest dorosły, choć ma poważne problemy z osadzeniem w realności, a jego ojciec zamiast tworzyć światy za pomocą encyklopedii, traci pamięć i słowa, którymi może operować. Próbuje je odzyckać poprzez naukę angielskiego. I tu zaczyna się najlepsza część powieści, która jest zbudowana z klisz językowych i wyrażeń z taniego kursu języka angielskiego, słuchanego przez ojca z taśmy magnetofonowej. Autor tworzy świat z truizmów, dlatego w angielskim salonie największym problemem jest zapalniczka, która leży pod słołem lub na stole, a mężczyzna zajmuje się głównie oświadczaniem kobiecie, że jej sukienka jest bardzo ładna. Główny bohater powieści również opiera struktury swojego świata na banałach, dlatego nieustannie opowiada o swojej wyimaginowanej żone, która wraz z trzynastoletnim dzieckiem wyjechała do teściowej, która jest wdową.

 

"Porządek alfabetyczny" to wspaniały popis niczym nieskrępowanej wyobraźni, obnażający banalizację i degradację języka równie precyzyjnie, jak poezja Nowej Fali, a przy okazji jest książką bardzo zabawną, dostarczajacą przyjemnosci tekstu na najwyższym poziomie. Dotyka też spraw bardzo ważnych – pamięci, choroby, śmierci – nie przestając ani na chwilę bawić, a to też cenne we współczesnej literaturze (pewnie stąd te porównania do Lewisa Carrolla i Cervantesa). Szkoda tylko, że tak małą część twórczości Millása można przeczytać w polskim tłumaczeniu (jest jeszcze "Ostatnia wizja topielca" wydana przed laty w serii Nike).

Historia Polski z zespołem Tourette'a

Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów - Twardoch Szczepan

„Wieczny Grunwald” Twardocha to powieść bardzo dziwna. Napisana na konkurs literacki związany z 600-leciem bitwy pod Grunwaldem, wydana z plakatem-wkładką (extrasy), przypomina trochę jakieś wydawnictwo fantasy – skojarzenie nieprzypadkowe, Twardoch pisywał do „Nowej Fantastyki”. Język powieści jest ekstremalnie hermetyczny, a przez to rozkoszny, cała książka to brawurowy popis stylizacji na pseudoarchaiczną polszczyznę, wymieszaną z językiem XX-wiecznym, a nawet próbą tworzenia nieistniejącej terminologii wojen przyszłości. Sienkiewicz spotyka tu Mickiewicza, anonimowych autorów „Bogurodzicy” i Kurta Cobaina (naprawdę wymienionego w powieści), i to nie tego wzruszającego Cobaina z gitarą akustyczną, ale wrzeszczącego w piosence „Tourette's”. Chociaż czytanie tej książki bardziej kojarzy mi się z jakimś chorym neofolkiem, np. wczesnymi płytami Death In June i Current 93, tymi spod znaku „Dogs Blood Rising”. Sprawiają to: naprawdę duszny klimat, wulgarność opisów, epatowanie okrucieństwem i fascynacja niemieckimi wynalazkami wojennymi.

 

Z Twardochem w ogóle jest straszny problem. Nie wiadomo, co o nim myśleć. W „Wiecznym Grunwaldzie” czuć wymowę antywojenną (cała ta książka jest tak makabryczna, że trudno nie zauważyć jej przewrotnego charakteru), a nawet pachnie buddyzmem (bardziej w szopenhauerowskim wydaniu). Z drugiej jednak strony nie da się ukryć, że autora fascynuje broń (Twardoch przyznaje się do tego w wywiadach) i II wojna światowa (a to już wiadomo nie od dziś). Na tym nie koniec przewrotności. Czytając „Wieczny Grunwald” czujemy, że mamy do czynienia z autorem pisującym wtedy do prawicowych pisemek, ale zupełnie niechcący wychodzi z niego pisarz, który tę wizję świata czyni karykaturalną. Któremu Twardochowi wierzyć? Pewnie czas pokaże. Ostatnie jego publiczne wystąpienia raczej odstraszą chłopaków w czarnych flekach. Albo przynajmniej porządnie zirytują.

 

W skrócie – bohater książki jest królewskim bękartem, który wychowuje się w burdelu, morduje kolegę, uczy się fechtunku w Niemczech, następnie morduje swojego mistrza, a potem umiera pod Grunwaldem. Ale to tylko jedna z wersji historii – poza nią mamy niezliczone warianty alternatywne, dziejące się m.in. w Polsce międzywojennej, na wschodnim froncie II wojny światowej, w hitlerowskich Niemczech, a także w nieokreślonej przyszłości przypominającej futurologiczny fragment „Terminatora”. I mamy też do czynienia z najróżniejszymi wersjami wydarzeń historycznych, np. przymierzem Polaków z Hitlerem przeciwko bolszewikom.

 

Po co to wszystko? Mam wrażenie, że po to, aby pokazać paradoksy historii i tragiczną sytuację jednostki, która nie ma w starciu z nią żadnych szans. Ale też coś jeszcze innego. Niedawno na fejsie popularność zdobywał fanpejdż głoszący, że hitlerowcy byli źli, ale się dobrze ubierali. Niby jest fascynacja esesmanami, ale ciągle w granicach żartu. 24 marca wystartował fanpejdż o tym, że narodowcy (ci z lat 30.) byli dobrzy i się dobrze ubierali, i w 4 dni zdobył ponad 600 lajków. W świecie „Wiecznego Grunwaldu” między polskimi i niemieckimi narodowcami nie byłoby większej różnicy, bo zatarta byłaby perspektywa historyczna, która decyduje o tym, kto był w tej wojnie po dobrej, a kto po złej stronie Mocy. A może gdybyśmy nie zostali przez Niemców najechani, tylko wsparci specjalistami od werbowania do Einsatzgruppen Ost, to nie byłoby komu składać kwiatów? W książce Twardocha taka alternatywa też jest możliwa, jak każda inna.

 

Jeżeli czegoś tej książce brakuje, to tylko dobrej historii. Niestety, fabuła rozłazi się z przydługich dygresjach, które sprawiają, że powieść jest zwyczajnie nudna. Szkoda, bo to nie hermetyczny język przeszkadza w lekturze, lecz nieobecność ciekawej narracji. Ale wszystko wskazuje na to, że Twardoch dopiero ostrzy pióro, więc wszystko przed nami.

Kompleks polski we włoskich szpilkach

Włoskie szpilki - Magdalena Tulli

Niepozorna, cieniutka książeczka z opowiadaniami Magdaleny Tulli, ukazała się jakieś trzy lata temu i przemknęła prawie niezauważona, mimo bardzo entuzjastycznych wypowiedzi krytyków. Na pewno nie pomogła jej bardzo brzydka okładka, szara i nieciekawa jak szkolne zeszyty bohaterki/narratorki/autorki. Warto jednak po „Włoskie szpilki” sięgnąć, bo to nie tylko jedna z najlepszych książek napisanych po polsku w nowym tysiącleciu, ale po prostu proza najwyższej próby, której miejsce jest wśród najlepszych pisarzy europejskich. Obok Schulza, Kafki, Kundery i Müller, żeby pozostać tylko w naszej najbliższej okolicy.

 

Siedem krótkich opowiadań Magdaleny Tulli traktuje o sprawach bardzo uniwersalnych, takich jak choroba czy relacja matka - córka, przy okazji bardzo wnikliwie dotykając problemu polskiej tożsamości w powojennej Polsce. Bo jest tam właściwie wszystko, co kształtuje kompleks polski. Czarna chmura przypomina bohaterce o Auschwitz, w którym zginęło większość jej krewnych ze strony matki, a skomplikowany stosunek ojca-Włocha do Polski ukazuje szarzyznę życia w PRL-u. Do tego sąsiad, który zwraca mu uwagę, że chyba niezupełnie jest Polakiem w 1968 roku. I włoscy krewni, dla których wojna wiązała się głównie z brakiem śmietanki do kawy. Nie ma tu żadnych krzywdzących uproszczeń – gdyby tak miało być, włoski przodek autorki nie skończyłby w Buchenwaldzie. A stało się tak, bo Niemcy zamienili mu karę śmierci na 12 lat ciężkich robót, na prośbę samego papieża. Tulli pisze o tym bez zbytniego patosu: „Nie zmienili wyroku, tylko go przeredagowali - zauważam. - Niemcy zażartowali sobie z papieża. Potem jednak Amerykanie zażartowali sobie z Niemców, wyzwalając obóz w Buchenwaldzie na wiosnę czterdziestego piątego roku.”

 

Z pewnością o wyjątkowości książki decyduje język, którym Tulli posługuje się z chirurgiczną precyzją, o czym można było się przekonać już we wcześniejszych jej tomach. To właściwie proza poetycka, bliżej debiutu przypominająca o najlepszych przejawach awangardy, we „Włoskich szpilkach” bliższa realizmowi, ale wciąż pełna elips i metafor. Świetnie współbrzmi z poezją Tkaczyszyna-Dyckiego, gdyż porusza podobne tematy: historia, pamięć, choroba, śmierć, matka. I jest pełna powtórzeń, mniej obsesyjnych, ale również bardzo poruszających i wyrazistych.

 

Dostajemy ponadto bardzo przekonującą analizę przemocy szkolnej. Dla Tulli była ona podstawą szarego życia w gorszej części Europy, ale przecież sporo z tej tradycji pozostało w szkole do dziś. Autorka pisze o tym tak: „W naszym kraju każdy wiedział, czym jest bezsilność. Sześcioletni, ale już złamani, rozumieliśmy, że wpływy matek nie sięgają zbyt daleko, więc z konieczności staraliśmy się zaufać prześladowcy. A gdyby tak winny nie płakał i nie prosił o łaskę? Gdyby nie odwołano wyroku? Nie dowiedzieliśmy się, co by się wtedy stało. Zawsze płakał, zawsze prosił.”

 

Umiejętność Magdaleny Tulli do pisania o ważnych rzeczach w zwięzły i obezwładniający jednocześnie sposób decyduje o tym, że „Włoskie szpilki” to pełnokrwiste arcydzieło. To tak, jakby saga rodzinna Oriany Fallaci mieściła się nie w 800-stronicowym tomiszczu, ale na stu stroniczkach. Nie ujmując niczego Fallaci, bo jej „Kapelusz cały w czereśniach” wciąga lepiej niż niejedna powieść szpiegowska. Ale to Tulli należy się Nobel. Albo dwa.

Śmiertelnie poważne sprawy

Corpus delicti - Zeh Juli

Juli Zeh cieszy się w swojej ojczyźnie całkiem sporym autorytetem jako pisarka podejmująca tematy ważne i aktualne. Jakoś nie umiem tego zrozumieć. Orły i anioły oraz Instynkt gry zdobyły sporo nagród tu i ówdzie, ale to nie zmienia faktu, że są całkiem nieźle napisanymi, trzymającymi w napięciu i niegłupimi czytadłami. Dostarczają sporo przyjemności, ale świata nie zmienią, a Juli Zeh bardzo daleko do Huellebecqu'a.

 

Z Corpus delicti jest trochę inaczej. Od pierwszych stron wiadomo, że żarty się skończyły. To rasowa, podręcznikowa antyutopia. Podobieństw do Orwella i Huxley'a jest bardzo dużo – samotny bohater (bohaterka), niezrozumiany(a) przez innych, sporo rozmyśla na osobności, na łonie natury (zakazanej, za granicami znanego świata, chociaż tym razem niezamieszkanej – inaczej, niż w Nowym wspaniałym świecie), a następnie jest zmuszana przez system do dostosowania się, a tym samym do rezygnacji z buntu.

 

Polski wydawca cytuje wypowiedzi porównujące powieść Zeh do Roku 1984, chociaż mam wrażenie, że bliżej jej do bardziej futurologicznych Możliwości Wyspy Huellebecqu'a i Roku potopu Atwood. Orwellowi chodziło o krytykę totalitaryzmu, a Zeh i Atwood obawiają się raczej odczłowieczenia świata zdominowanego przez zbyt konsekwentnie wprowadzane w życie idee. Nawet szczytne – ekologię oraz ochronę zdrowia. I tak jest w Corpus delicti – za zapalenie papierosa płaci się mandat w wysokości 50 dniówek, co wywołuje szok, bo od lat nikomu tak szalony pomysł, jak zaciąganie się nikotyną i substancjami smolistymi, nawet nie wpadł do głowy. Tylko dlaczego zatem bohaterce tak łatwo przychodzi zdobyć fajki?

 

No właśnie – takich niekonsekwencji jest w niemieckiej antyutopii więcej, a do tego przyjemność lektury psuje wyjątkowo sztampowy, przewidywalny i papierowy język bohaterów. Autorce udało się stworzyć bardzo ciekawą parę antagonistów, główną bohaterkę i dziennikarza reprezentującego system, nazywany tu METODĄ, lecz nie potrafi tego potencjału wykorzystać, wkładając im do ust wypowiedzi przypominające raczej agitację polityczną lub skrypt do filozofii dla początkujących, niż żywy dialog. Szkoda, może dałoby się tę historię uratować poprzez ciekawą adaptację teatralną? Bo tekst jest jak stworzony dla sceny, pełen teatralnych gestów i rekwizytów, pomimo maski futurologicznej. I do tego wypowiedzi bohaterki typu: Zabijajcie albo milczcie. Wszystko inne to teatr. Ładne, ale strasznie papierowe. Dlatego książce Juli Zeh daleko do błyskotliwych, plastycznych i pełnych wisielczego humoru książek Atwood i Huellebecqu'a.

Seks z Meliną po hiszpańsku

Mężczyzna, który tańczył tango - Arturo Pérez-Reverte, Joanna Karasek

Hasło reklamowe "Mężczyzny, który tańczył tango" głosiło, że to najgorętsza książka ubiegłego sezonu. To nie mogło zwiastować niczego dobrego. Na przekór wszystkiemu postanowiłem, że spróbuję rozerwać się przy czytadle - przecież w literaturze pociągowej też przeważnie da się znaleźć coś ciekawego. Poza tym wiele ostatnich wydarzeń literackich czerpało garściami z literatury pop, żeby wspomnieć choćby w pełni zasłużoną Nike dla Joanny Bator (horror/kryminał) albo międzynarodowy sukces Bolano (kino klasy B). Miałem też wrażenie, że Perez-Reverte to bardzo dobry znak jakości w swojej kategorii, a zatem rozrywka będzie przednia. No i książka miała ładną okładkę z tańczącą parą, a ja lubię ładne okładki.

 

Niestety, książka jest nudna, przegadana i pełna stylistycznych niezręczności (mam nieodparte wrażenie, że to nie jest wyłącznie wina tłumaczenia). Szkoda, bo historia Maxa, złodzieja i szpiega mimo woli, jest całkiem niezła, a bohater jest typu bogartowskiego, więc nie da się go nie lubić.

 

Historia miłosna była z pewnością zakrojona na wielką, wzruszająco-podniecającą love story z perwersyjnym dreszczykiem, wyszła jednak całkiem niedorzecznie w swoim nieprawdopodobieństwie. Dialogi drętwe, powtarzalne i całkowicie papierowe, a sceny erotyczne nieustannie ocierają się o banał spod znaku wszystkich twarzy klonów Greya. Co wywołuje dość radosne efekty, bo polskie tłumaczenie każe czytelnikowi rumienić się, gdy bohater obserwuje u śpiącej bohaterki obnażony seks, a nieziemski, pozaorbitalny stosunek skończył się dla bohatera tak, że się w niej rozlał (bohater się rozlał, w niej). Prawda, że piękne?

 

Za co te gwiazdki? Za bardzo apetyczne akapity o jedzeniu i piciu. Może i pretensjonalne, bo bohaterowie najchętniej żywią się foie gras popijanym szampanem albo fachowo posłodzonym absyntem, ale za to bardzo zgrabnie wkomponowane i naprawdę intensywnie wpływające na zmysły. W scenach erotycznych, już przeze mnie obśmianych, też znajdzie się kilka ładnych zdań, a gdy Max włamuje się do sejfu, czytelnik ma wrażenie, że słyszy każdy szmer - to dobrze świadczy o warsztacie pisarza, który zresztą starał się, aby sceny sprawiały wrażenie wiarygodnych, dlatego przyznaje się, że sam studiował budowę zamków stosowanych w sejfach. No i za bohatera, zaimportowanego wprost z Casablanki. Tylko dlaczego polska prostytutka napotkana przez bohaterów w Buenos Aires ma na imię Melina?

Mistyfikacje Roberta Bolano

Trzecia Rzesza - Roberto Bolaño

Bolano z pewnością zasłużył sobie na miano Wielkiego Mistyfikatora - biografie nieistniejących pisarzy faszystowskich czy konsekwentnie zmyślona historia poszukiwań Archimboldiego to absolutne mistrzostwo świata. W mniej znanej od 2666 i Dzikich detektywów, drobniejszej powieści - Trzeciej Rzeszy - mamy do czynienia z równie kunsztownym popisem stylu. Tym razem zapoznajemy się z obfitą, zmyśloną przez Bolano literaturą przedmiotu traktująca o wojennych grach strategicznych. Też zmyślonych - przynajmniej taką mam nadzieję, gdyż myśl o tym, że są gdzieś na świecie maniacy analizujący (dla przyjemności) po wielokroć każdy aspekt bitwy o Stalingrad wydaje mi się przerażający (co by było, gdyby wpadli w nieodpowiednie ręce?). To jednak nie wszystko. Główny bohater jest Niemcem, doskonale oczytanym w literaturze niemieckiej i austriackiej. Jego język jest zaczerpnięty wprost z książek z kręgu niemieckojęzycznej literatury mieszczańskiej, zwłaszcza pierwszej połowy XX wieku, od Manna po Kafkę. Czytelnikowi dobrze czującemu się w tej tradycji dostarcza to ogromnej przyjemności - zwłaszcza w drugiej części powieści, gdy nasz bohater zaczyna popadać w paranoję, a jego język staje się bełkotliwy. 

 

Co jeszcze? Tradycyjnie już mamy kilka charakterystycznych dla Bolano wyliczanek (np. generałów dowodzących podczas II w. ś., poetów niemieckich itp.) - idealnie pasujących do Szaleństwa katalogowania Umberto Eco. Mamy obsesyjny nastrój jak z filmów Lyncha i Rodrigueza, za który szczególnie pokochali Bolano miłośnicy kina. Mamy też kilka wyrafinowanych żartów, np. kpiny bohaterów zajmujących się grami wojennymi opartymi na realiach prawdziwych wojen z dzieciarni grającej w gry RPG. Wreszcie mamy kolejną odsłonę strachu przed faszyzmem - obsesja niemieckiego bohatera II wojną światową jest maniakalna i mimo, że Udo Berger deklaruje, że jest antynazistą, nie do końca wiadomo, co siedzi w jego głowie. Poparzony jest natomiast ofiarą faszystowskiego reżimu w wydaniu południowoamerykańskim - co prawda Udo nie wyjaśnia, co się stało, możemy się jednak domyślić, że ma powody, by nienawidzić faszystów. Takie wątki są obecne niemal w każdym ważniejszym tekście Bolano, który przecież uciekł z Chile w 1974 roku. I w jednym z opowiadań wyznaje, że śnią mu się koszmary, w których występuje Hitler. Oczywiście, faszyzm u Bolano bardziej przypomina popkulturową wersję z Bękartów wojny Tarantino niż rzeczywistość II wojny światowej, ale przecież autor nie próbuje mamić, że będzie inaczej, skoro chodzi o grę wojenną. Niemniej jednak przerażenie faszyzmem jest autentyczne, nawet, jeśli autor gra konwencjami zamiast pisać o obozach.

 

I chyba to właśnie czyni Bolano pisarzem wyjątkowym.

Ponowne czytanie "Łowcy autografów"

Łowca autografów - Zadie Smith

Łowca autografów to druga powieść Zadie Smith, wydana po olśniewającym jak śnieżnobiały uśmiech debiucie, a przed książką - jak na razie - najważniejszą, O pięknie. Czytana po raz drugi wydaje się nieco mniej interesująca od pozostałych (po raz pierwszy połknąłem Łowcę autografów sześć lat temu, zajęło mi to ze trzy popołudnia i miałem wrażenie, że to rzecz arcyprzyjemna i przezabawna). Historia Alexa-Li Tandema chyba mniej wciąga od perypetii bohaterów Białych zębów, a na pewno porusza w mniejszym stopniu niż postaci kobiet - żon wykładowców z fenomenalnej O pięknie. Poza tym Zadie Smith nie usunęła rusztowania, na którym książkę budowała, stąd kabała i zen w tytułach rozdziałów (o konieczności usuwania takich rusztowań pisała w jednym z esejów z tomu Jak zmieniałam zdanie). Co nie znaczy, że czytać nie warto. Przeciwnie! Nawet w drugiej, słabszej od debiutu powieści (jakże często ta sama zależność dotyczy płyt zespołów, które szybko odnoszą sławę, od Beatlesów po Arcade Fire) znajdziemy mnóstwo olśniewających bon motów, błyskotliwych refleksji o życiu w ponowoczesności (jak choćby te o lataniu samolotem) i popisów znakomitego poczucia humoru.

Próbka? Niech będzie mój ulubiony fragment o Polakach i hipsterach: Hipsterzy biegają w pochłaniających pot dresach marek modnych w latach siedemdziesiątych i w pochłaniających pot opaskach. Polacy podobnie, ale w innym stylu. (...) A w księgarni książka znanego pisarza Charlesa Bukowskiego stoi na półce naprzeciw stołu, na którym piętrzą się egzemplarze Biblii po polsku. (s. 297). Czyż nie piękne?

A tymczasem czekamy na nową książkę, która już niebawem...

 

Literatura faszystowska w obu Amerykach - Roberto Bolaño, Tomasz Pindel

Borges nie mógł wymarzyć sobie lepszego kontynuatora Fikcji. Bolano misternie skonstruował mapę literacką nieistniejących pisarzy-faszystów obu Ameryk (choć przede wszystkim chodzi o tę południową, jak można się było spodziewać). Książka zawiera anegdoty o fikcyjnych pisarzach, historie nienapisanych książek, a także przestrogę przed pułapkami, jakie Historia przez wielkie H zastawia na wszystkich - geniuszy, wizjonerów, ale też na zwykłych nieudaczników. Podobnie jak Fikcje Borgesa (pojawiającego się zresztą w tekstach Chilijczyka w zabawnych, nie zawsze korzystnych dla pisarza kontekstach), a także Doskonała próżnia i Wielkość urojona Lema, teksty Bolano bawią, zachwycają konstrukcją i doskonałym warsztatem (z obowiązkową rzetelną bibliografią nienapisanych książek), ale też przerażają. Bo czy nie wygodniej wierzyć w to, że książki wyjaśniają świat i zawierają prawdę?