136 Obserwatorzy
34 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

Historia Polski z zespołem Tourette'a

Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów - Twardoch Szczepan

„Wieczny Grunwald” Twardocha to powieść bardzo dziwna. Napisana na konkurs literacki związany z 600-leciem bitwy pod Grunwaldem, wydana z plakatem-wkładką (extrasy), przypomina trochę jakieś wydawnictwo fantasy – skojarzenie nieprzypadkowe, Twardoch pisywał do „Nowej Fantastyki”. Język powieści jest ekstremalnie hermetyczny, a przez to rozkoszny, cała książka to brawurowy popis stylizacji na pseudoarchaiczną polszczyznę, wymieszaną z językiem XX-wiecznym, a nawet próbą tworzenia nieistniejącej terminologii wojen przyszłości. Sienkiewicz spotyka tu Mickiewicza, anonimowych autorów „Bogurodzicy” i Kurta Cobaina (naprawdę wymienionego w powieści), i to nie tego wzruszającego Cobaina z gitarą akustyczną, ale wrzeszczącego w piosence „Tourette's”. Chociaż czytanie tej książki bardziej kojarzy mi się z jakimś chorym neofolkiem, np. wczesnymi płytami Death In June i Current 93, tymi spod znaku „Dogs Blood Rising”. Sprawiają to: naprawdę duszny klimat, wulgarność opisów, epatowanie okrucieństwem i fascynacja niemieckimi wynalazkami wojennymi.

 

Z Twardochem w ogóle jest straszny problem. Nie wiadomo, co o nim myśleć. W „Wiecznym Grunwaldzie” czuć wymowę antywojenną (cała ta książka jest tak makabryczna, że trudno nie zauważyć jej przewrotnego charakteru), a nawet pachnie buddyzmem (bardziej w szopenhauerowskim wydaniu). Z drugiej jednak strony nie da się ukryć, że autora fascynuje broń (Twardoch przyznaje się do tego w wywiadach) i II wojna światowa (a to już wiadomo nie od dziś). Na tym nie koniec przewrotności. Czytając „Wieczny Grunwald” czujemy, że mamy do czynienia z autorem pisującym wtedy do prawicowych pisemek, ale zupełnie niechcący wychodzi z niego pisarz, który tę wizję świata czyni karykaturalną. Któremu Twardochowi wierzyć? Pewnie czas pokaże. Ostatnie jego publiczne wystąpienia raczej odstraszą chłopaków w czarnych flekach. Albo przynajmniej porządnie zirytują.

 

W skrócie – bohater książki jest królewskim bękartem, który wychowuje się w burdelu, morduje kolegę, uczy się fechtunku w Niemczech, następnie morduje swojego mistrza, a potem umiera pod Grunwaldem. Ale to tylko jedna z wersji historii – poza nią mamy niezliczone warianty alternatywne, dziejące się m.in. w Polsce międzywojennej, na wschodnim froncie II wojny światowej, w hitlerowskich Niemczech, a także w nieokreślonej przyszłości przypominającej futurologiczny fragment „Terminatora”. I mamy też do czynienia z najróżniejszymi wersjami wydarzeń historycznych, np. przymierzem Polaków z Hitlerem przeciwko bolszewikom.

 

Po co to wszystko? Mam wrażenie, że po to, aby pokazać paradoksy historii i tragiczną sytuację jednostki, która nie ma w starciu z nią żadnych szans. Ale też coś jeszcze innego. Niedawno na fejsie popularność zdobywał fanpejdż głoszący, że hitlerowcy byli źli, ale się dobrze ubierali. Niby jest fascynacja esesmanami, ale ciągle w granicach żartu. 24 marca wystartował fanpejdż o tym, że narodowcy (ci z lat 30.) byli dobrzy i się dobrze ubierali, i w 4 dni zdobył ponad 600 lajków. W świecie „Wiecznego Grunwaldu” między polskimi i niemieckimi narodowcami nie byłoby większej różnicy, bo zatarta byłaby perspektywa historyczna, która decyduje o tym, kto był w tej wojnie po dobrej, a kto po złej stronie Mocy. A może gdybyśmy nie zostali przez Niemców najechani, tylko wsparci specjalistami od werbowania do Einsatzgruppen Ost, to nie byłoby komu składać kwiatów? W książce Twardocha taka alternatywa też jest możliwa, jak każda inna.

 

Jeżeli czegoś tej książce brakuje, to tylko dobrej historii. Niestety, fabuła rozłazi się z przydługich dygresjach, które sprawiają, że powieść jest zwyczajnie nudna. Szkoda, bo to nie hermetyczny język przeszkadza w lekturze, lecz nieobecność ciekawej narracji. Ale wszystko wskazuje na to, że Twardoch dopiero ostrzy pióro, więc wszystko przed nami.