136 Obserwatorzy
34 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

Kompleks polski we włoskich szpilkach

Włoskie szpilki - Magdalena Tulli

Niepozorna, cieniutka książeczka z opowiadaniami Magdaleny Tulli, ukazała się jakieś trzy lata temu i przemknęła prawie niezauważona, mimo bardzo entuzjastycznych wypowiedzi krytyków. Na pewno nie pomogła jej bardzo brzydka okładka, szara i nieciekawa jak szkolne zeszyty bohaterki/narratorki/autorki. Warto jednak po „Włoskie szpilki” sięgnąć, bo to nie tylko jedna z najlepszych książek napisanych po polsku w nowym tysiącleciu, ale po prostu proza najwyższej próby, której miejsce jest wśród najlepszych pisarzy europejskich. Obok Schulza, Kafki, Kundery i Müller, żeby pozostać tylko w naszej najbliższej okolicy.

 

Siedem krótkich opowiadań Magdaleny Tulli traktuje o sprawach bardzo uniwersalnych, takich jak choroba czy relacja matka - córka, przy okazji bardzo wnikliwie dotykając problemu polskiej tożsamości w powojennej Polsce. Bo jest tam właściwie wszystko, co kształtuje kompleks polski. Czarna chmura przypomina bohaterce o Auschwitz, w którym zginęło większość jej krewnych ze strony matki, a skomplikowany stosunek ojca-Włocha do Polski ukazuje szarzyznę życia w PRL-u. Do tego sąsiad, który zwraca mu uwagę, że chyba niezupełnie jest Polakiem w 1968 roku. I włoscy krewni, dla których wojna wiązała się głównie z brakiem śmietanki do kawy. Nie ma tu żadnych krzywdzących uproszczeń – gdyby tak miało być, włoski przodek autorki nie skończyłby w Buchenwaldzie. A stało się tak, bo Niemcy zamienili mu karę śmierci na 12 lat ciężkich robót, na prośbę samego papieża. Tulli pisze o tym bez zbytniego patosu: „Nie zmienili wyroku, tylko go przeredagowali - zauważam. - Niemcy zażartowali sobie z papieża. Potem jednak Amerykanie zażartowali sobie z Niemców, wyzwalając obóz w Buchenwaldzie na wiosnę czterdziestego piątego roku.”

 

Z pewnością o wyjątkowości książki decyduje język, którym Tulli posługuje się z chirurgiczną precyzją, o czym można było się przekonać już we wcześniejszych jej tomach. To właściwie proza poetycka, bliżej debiutu przypominająca o najlepszych przejawach awangardy, we „Włoskich szpilkach” bliższa realizmowi, ale wciąż pełna elips i metafor. Świetnie współbrzmi z poezją Tkaczyszyna-Dyckiego, gdyż porusza podobne tematy: historia, pamięć, choroba, śmierć, matka. I jest pełna powtórzeń, mniej obsesyjnych, ale również bardzo poruszających i wyrazistych.

 

Dostajemy ponadto bardzo przekonującą analizę przemocy szkolnej. Dla Tulli była ona podstawą szarego życia w gorszej części Europy, ale przecież sporo z tej tradycji pozostało w szkole do dziś. Autorka pisze o tym tak: „W naszym kraju każdy wiedział, czym jest bezsilność. Sześcioletni, ale już złamani, rozumieliśmy, że wpływy matek nie sięgają zbyt daleko, więc z konieczności staraliśmy się zaufać prześladowcy. A gdyby tak winny nie płakał i nie prosił o łaskę? Gdyby nie odwołano wyroku? Nie dowiedzieliśmy się, co by się wtedy stało. Zawsze płakał, zawsze prosił.”

 

Umiejętność Magdaleny Tulli do pisania o ważnych rzeczach w zwięzły i obezwładniający jednocześnie sposób decyduje o tym, że „Włoskie szpilki” to pełnokrwiste arcydzieło. To tak, jakby saga rodzinna Oriany Fallaci mieściła się nie w 800-stronicowym tomiszczu, ale na stu stroniczkach. Nie ujmując niczego Fallaci, bo jej „Kapelusz cały w czereśniach” wciąga lepiej niż niejedna powieść szpiegowska. Ale to Tulli należy się Nobel. Albo dwa.