136 Obserwatorzy
34 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

Jak zdobyć 50 milionów czytelników i zjednać sobie ludzi?

Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi - Paweł Cichawa, Dale Carnegie

 

Taką książkę pisze się raz na sto lat. Książkę, którą znają wszyscy, chociaż nie przynosi żadnej rewolucji, a która w dodatku napisana jest co najmniej wątpliwym stylem, bez polotu ani językowej finezji. Książkę, której autor zarabia miliony, chociaż nie ma najmniejszego wpływu ani na kulturę, ani na społeczeństwo. Dale Carnegie zrobił 200% normy, bo napisał aż DWIE takie książki: Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi oraz Jak przestać się martwić i zacząć żyć (tytuł tej drugiej żartobliwie sparafrazowany został w podtytule pamiętnego Dra Strangelove Kubricka). Przesadził. Do czasu wydania książki o kobietach z Wenus i mężczyznach z Marsa chyba nikt nie mógł się z nim równać. Co takiego odkrył Carnegie?

 

W zasadzie nic. Wszyscy dobrze wiemy, że jak będziemy ględzić i mówić tylko o sobie, to nikt nas nie będzie słuchał. Że jak zaczniemy rozmowę od gruntownej krytyki rozmówcy przy zerowym zainteresowaniu jego sprawami to możemy ewentualnie oberwać po pysku (a w wielkim świecie: stracić klienta). Że każdy, ale to naprawdę KAŻDY lubi, jak się mu prawi komplementy albo sugeruje, że to on sam wpadł na pomysł, którym próbujemy go zarazić. I że jak rozmawiamy z kimś, komu chcemy coś sprzedać albo kogo próbujemy do czegoś przekonać, to moglibyśmy się przynajmniej uśmiechnąć.

 

Na czym w takim razie polega rewolucja? Pewnie na tym, że w latach 30. w Stanach Zjednoczonych każdy postępował dokładnie odwrotnie niż w przepisie Carnegiego. W Stanach Zjednoczonych, ojczyźnie wszystkich grzecznie uśmiechniętych urzędników i wypomadowanych domokrążców sprzedających Biblię! To co mają w takim razie powiedzieć statystyczny Kowalski, który prędzej się udławi niż uśmiechnie do sąsiada?

 

I dlatego właśnie książka Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi cieszy się tak ogromnym powodzeniem do dziś, chociaż jest marnie napisana, nudna jak flaki z olejem, a w dodatku poprzedzona dość mocno narcystycznym wprowadzeniem. Takim, w którym autor każe czytelnikowi obcować z lekturą najczęściej jak się da, najpierw szybko, żeby mógł ogarnąć całość myśli w jak najpełniejszy sposób, a później jeszcze powolutku, żeby się idee w jego głowie utrwaliły i ocukrzyły, co najmniej raz na miesiąc, robiąc notatki i każąc się egzaminować z jej znajomości żonie lub dzieciom (trzeba im dać za to dolara, dla pewności, że nie zawiodą, w końcu kobiecie i dziecku nie warto zaufać do końca).

 

Z pewnością książki nie ratują liczne nawiązania do wielkich słów najwspanialszych mężów stanu w historii Ameryki Północnej, na czele których stoi Abe Lincoln – cytowany w każdym chyba rozdzialiku bestselleru Carnegiego. Genialny, arcynudny Abe Lincoln, który nigdy nikomu nie szczędził pochwał i umiał zawsze przekonać rozmówcę do swojego zdania bez cienia złości czy własnej próżności nawet w najczarniejszej godzinie Wojny Secesyjnej, a wszystko to dlatego, że niegdyś popełnił błąd, który nauczył go raz na zawsze szacunku dla rozmówcy.

 

Trudno też tę książkę za cokolwiek ganić, bo jedna z wielokrotnie powtarzanych przez autora zasad brzmi: NIE KRYTYKUJ, NIE POTĘPIAJ I NIE POUCZAJ. W zasadzie jest tak, że jeśli nie umiesz przyjąć do siebie złotych słów Carnegiego, to Ty masz problem, a nie autor. Jednak żeby ani razu podczas lektury Carnegiego nie powiesić na nim wszystkich psów trzeba mieć cierpliwość Abiego Lincolna.

 

Co jest w tej książce najciekawsze? Przede wszystkim prześwitujący tu i ówdzie obraz Ameryki – próżnej, zadowolonej z siebie, naiwnej, ale też zdolnej do autorefleksji oraz przewartościowania swoich ideałów. Trochę Amerykanom tej umiejętności zazdroszczę. Mam wrażenie, że Polacy jeszcze mają sporo zadań z poradników Carnegiego do odrobienia. Bo nienaturalny ton głosu rzekomo uśmiechniętej telemarketerki wciskającej przez słuchawkę zaproszenia na pokaz garnków w Białymstoku to jeszcze nie ten poziom umiejętności przemawiania językiem korzyści, o który chodzi.

 

Dlatego sądzę, że Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi to książka okropna, ale i tak o klasę lepsza od wszystkich Biblii handlowca, Kobiet z Wenus i całej reszty tandetnej literatury poradnikowej z letnich straganików w tanią książką. Mogliby ją dawać za darmo za zbiórkę plastikowych nakrętek, może świat byłby trochę lepszy i bezpieczniejszy.