136 Obserwatorzy
34 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

Język sprzed Potopu i sąsiedzka nienawiść – "Sońka" Ignacego Karpowicza

Sońka - Ignacy Karpowicz

Karpowiczowi konsekwentnie kibicuję od dawna. To właśnie jego powieści i krótkie formy w najbardziej – moim zdaniem – wiarygodny sposób opisują polską rzeczywistość, tak często kaleką, żenującą, przygnębiającą. Karpowicz robi to genialnie – jest krytyczny, ale też pełen dystansu. A co najważniejsze, stać go na doskonałe popisy dobrego humoru. Karopwicz bije w tej konkurencji na głowę wszystkich pierwszoligowych twórców polskiej literatury – Pilcha, Witkowskiego, Masłowską. W moim odczuciu Nike należało mu się już za Balladyny i romanse, książkę przezabawną, a do tego bardzo wnikliwie opisującą zestaw polskich kompleksów. Z tym większą ciekawością pochłonąłem Sońkę, tekst nieco innych od poprzednich, zdecodowanie mniej zabawny, chyba zapowiadający nowy rozdział w twórczości Karpowicza. Mam przynajmniej taką nadzieję, bo w nurcie prozy obyczajowo-socjologicznej autor już wszedł na sam szczyt.

 

Powiedzmy sobie wprost – Sońka to proza niemal doskonała. Napisana z ogromną wrażliwością na melodię języka, a do tego przywołującą z otchłani niepamięci język przeszłości – mieszaninę polskiego i białoruskiego, pograniczny dialekt, który jest tu nazwany mówieniem "po naszemu". Karpowicz przywołuje białoruskie słownictwo na zasadzie cytatu, gdyż większe partie byłyby prawdopodobnie niezrozumiałe. Natomiast jeszcze kilkadziesiąt lat temu mowę tę rozumieli wszyscy mieszkańcy Podlasia. Takich języków jest więcej, choćby język chachłacki - polsko-białorusko-ukraińska hybryda przywoływana przez Tkaczyszyna-Dyckiego. Karpowicz robi to w równie mistrzowski sposób, przywołując w ten sposób dawną mowę sprzed Potopu (jak to określa narrator Sońki), którą rozumieją dziś tylko dawni mieszkańcy jego rodzinnych stron. Inni zapomnieli – albo dlatego, że się jej wstydzili, albo dlatego, że zapomnieć musieli.

 

A jednak moim zdaniem autor nie wykorzystał jeszcze pełni swoich możliwości. Rozumiem, że Sońka jest tekstem wyrastającym z postmodernistycznego tygla, a zatem dziwiącym się samemu sobie, autoreferencyjnym, poddawanym nieustannie próbom (najważniejsze epizody są ukazywane z punktu widzenia różnych bohaterów, w tym domowych zwierząt, a także w wersji sceniczej, projektowanej przez narratora – nadętego, narcystycznego artysty-celebryty, będącego jednocześnie po części alter ego autora, choć potraktowanym z bardzo ironicznym dystansem). Czy to źle? Chyba nie. Przecież wciąż bardzo takie zabawy literackie lubimy. Rozumiem rónież, że Sońka jest opowieścią o tym, że pewnych historii nie można opowiedzieć w sposób obiektywny, dlatego bohaterka nie rozumie swojego niemieckiego kochanka, gdy ten mówi o mordowaniu Żydów, a narrator nie jest w stanie zrozumieć do końca języka Sońki. I to stąd bierze się np. stylizacja na melodramat albo czarny romans. To też lubimy.

 

Czasami jednak miałem wrażenie, że Karpowicz trochę przesadza z liryczną melodramatycznością przy opisie miłości Sońki do esesmana, nie biorą mnie również ludowo-fekalne mądrości typu: niewypowiedziane słowa nie przestają być słowami, a niewysrane gówno gównem. Karpowicz niestety często daje się ponieść własnej elokwencji, nie zawsze zatem zauważa, że dryfuje w niebezpieczną stronę, ocierając się o kicz (wcale nie ten zamierzony, odbity w postmodernistycznym zwierciadle autoreferencyjnej narracji, lecz ten najzwyklejszy, pospolity, w którym pływają Kuczok i Gretkowska). Śmierć Sońki też wydaje mi się trochę banalna – bohaterka opowiedziała swoją historię, więc mogła umrzeć spokojnie. To kolejny problem Karpowicza. Już w Balladynach i romansach autor nie zawsze wiedział, jak poprowadzić historie swoich bohaterów do końca. Czy Sońka musi umierać w tak oczywisty sposób, jakby żywcem zaczerpnięty z realizmu magicznego?

 

Dlatego właśnie mam nadzieję, że Sońka jest początkiem nowego rozdziału u Karpowicza. Marzą mi się kolejne książki o zapomnianych przez wszystkich zakątkach tej części Europy - zwłaszcza, że tekst powstały z wykorzystaniem białoruskiego słownictwa po prostu urzeka za sprawą swojej niezwykłej urody.

 

Sońka wpisuje się też w ten nurt kultury współczesnej, która każe się nam przyglądać II wojnie światowej i czasom powojennym na nowo. I dostrzegać ludzi, którzy ze szczerym zapałem mordowali swoich sąsiadów (nie zawsze ze strachu), dokonywali brutalnych gwałtów, tłumacząc się obłudnie pojmowanym poczuciem dziejowej sprawiedliwości (!) lub zajmowali po zabitych Żydach warsztaty i gospodarstwa. Sońka jest bardziej liryczna i mniej dosłowna, niż filmy Róża i Pokłosie, co z pewnością przemawia na jej korzyść. Tkwi w tym ogromna siła książki. Czekam zatem na następne, jeszcze lepsze.

 

PS. Ostatnio nawyzłośliwiałem się na to, że Wydawnictwo Literackie wypuściło Munro w okropnych okładkach, tym razem jest zgoła inaczej. Sońka jest wydana klasycznie, oszczędnie, elegancko – przyjemnie trzymać w rękach. Tak trzymać!

 

 

 

www.facebook.com/literaturasaute