136 Obserwatorzy
34 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

Polska z zasmażką, czyli o złym jedzeniu i miastach szerokich możliwości

Trociny - Krzysztof Varga

Z Vargą jest trochę jak z Bartisem – długi, przerażający i przygnębiający wyraz wstrętu do rzeczywistości (w Trocinach – bardzo polskiej, bardzo przaśnej rzeczywistości) w większej dawce jest nie do zniesienia, ale przy aplikowaniu w małych porcjach okazuje się porywający. Co gorsza, często trudno się z narratorem książki nie zgodzić. Bo to oczywiste, że w Trocinach nie mówi autor, lecz bohater – odpychający, zakompleksiony, małostkowy jak Adaś Miauczyński, a do tego wyjątkowo podły. Ale też, podobnie jak w przypadku Dnia świra, pod wieloma obserwacjami na temat Polski, świata i życia w ogólności można się podpisać rękami i nogami. W trakcie lektury nie zawsze wiedziałem, czy to jeszcze mówi narrator, czy już Varga. A może to już była projekcja moich własnych przemyśleń na temat tego bardzo niesympatycznego bohatera, takiego chłopca do bicia i opluwania teczki? Kilka razy złapałem się na takiej refleksji.

 

No bo jakże nie zgodzić się z bohaterem Trocin, gdy narzeka na polską kuchnię? Za każdym razem, gdy sąsiedzi zaczynają przyrządzać swoje obiady, spomiędzy kratek w mojej łazience wydobywa się ten okropny odór smażonej ryby, smażonych kotletów, podsmażanych ziemniaków, zasmażanej kapusty, odsmażanych pierogów, mącznej zasmażki, wszystko cuchnie smażeniną, mój dom jest jedną wielką smażalnią, cały ten kraj jest w ogóle jakąś jedną monstrualną smażalnią kotletów i ryb, wielką blaszaną budą, w której smaży się na starym tłuszczu wszystko, co wpadnie w ręce. Mam wrażenie, że Varga opisuje nie tylko mieszkanie w bloku, ale całe moje rodzinne, nadmorskie miasto w pełni sezonu.

 

Co to znaczy być „dorosłym mężczyzną”? Wykonywać najgłupsze fizyczne czynności, tachać dwudziestokilowy szary wór z czerwonymi bulwami, z których matka robiła potem barszcz, ćwikłę, marynowane buraczane talarki i buraczki zasmażane do kotletów mielonych (…) Cały tydzień wszyscy w rodzinie srali na czerwono. Bycie mężczyzną, to także umiejętność zaszlachtowania świni i naprawienia samochodu (gaźnik, pasek rozrządu i tym podobne rzeczy). A każdy pies na polskiej wsi wabi się Murzyn albo Cygan, w zależności od odcienia brunatności sierści.

 

Trudno odmówić słuszności refleksjom Vargi o Polsce B, a dla pisarza właśnie ta Polska jest esencją polskości. Każde z małych i średnich, zabitych dechami miasteczek próbuje lansować się jako „city of tourism” lub „city of opportunities”, co narrator komentuje wielce przenikliwie: zabawne, im bardziej zapyziałe miasto, z tym większą determinacją reklamuje swoje szanse, jest to rozpaczliwe i jakoś jednak wzruszające. Tu przypomina mi się konkurs dla młodzieży, której zadaniem było rozwinąć hasło brzmiące mniej więcej jak „Zachodniopomorskie – region przyszłości”. Szczerze mówiąc, to obrzydzane przez Vargę w Trocinach Mazowsze wygląda przy Ziemiach Odzyskanych jak Toskania Północy.

 

Trociny reprezentują modny ostatnio w Polsce gatunek – niby to powieść o polskiej rzeczywistości, ale przy okazji jest element kryminalny (obowiązkowy trup!). Mam wrażenie, że jest to jedna z najbardziej udanych pozycji na tej quasi-kryminalnej półeczce. Z pewnością Varga opisuje wnikliwiej polską rzeczywistość niż wszechobecny ostatnio Pilch. Może robi to mniej porywająco od Joanny Bator, ale to już stała cecha stylu pisarza – jest minimalistyczny, trochę trywialny, unika wciągających fabuł. A ja to lubię.

 

PS. W jakimś tekście sprzed lat dotyczącym debiutu Vargi (Chłopaki nie płaczą)  moja promotorka pisała, że ma nadzieję, iż słuch o autorze tego gniota przepadnie na wieki. Stanowczo się z tym nie zgadzałem i cieszę się, że okazało się inaczej.

 

PPS. To dzięki Vardze i jego świetnej książce 45 pomysłów na powieść uwielbiam The Smiths. W całości. Nawet Strangeways, Here We Come.