136 Obserwatorzy
34 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

Raczej nerwowy spokój - Attila Bartis, Spokój, W.A.B. 2005

Czytanie prozy znakomitego węgierskiego pisarza, Attili Bartisa, jest jak słuchanie Swansów – jest ciężko, duszno, depresyjnie, a jednocześnie porywająco. W małej dawce – intensywne doznanie estetyczne, w dużej – nie do zniesienia, bo zbyt ciężko. "Spokój" Bartisa czytałem powoli, maksymalnie 30 stron na raz, więcej nie dawałem rady. Stąd też skojarzenie z Bernhardtem, bo lektura obu tych autorów wywołuje niemal fizyczny wstręt (recenzentom przychodziła na myśl też Jelinek). A jednak nie można rzucić tego w cholerę – za dobre jest.

 

Próbka? Proszę bardzo:

 

"Gdziebyłeśsynu?

Miałemcośdozałatwienia, mamo.

O tej porze wszyscy siedzą w domu z rodziną. Taki jest zwyczaj."

 

Albo:

 

"Potem po kilku dniach Eszter Fehér dostała wynik i okazało się, że guz w jej macicy jest łagodny i po jednej prostej operacji macica stanie się tak samo użyteczna jak u każdej dwudziestoośmioletniej kobiety: będzie zdatna do porodu albo aborcji, w zależności od charakteru związku."

 

I chyba nie muszę już objaśniać, na czym polega szczególny styl tego autora – precyzyjny jak cięcie skalpelem. A z drugiej strony można w "Spokoju" znaleźć mnóstwo fragmentów naprawdę zabawnych (zwięźle, dowcipnie zarysowane scenki rodzajowe z życia codziennego na Węgrzech), i – co chyba najważniejsze – ujmujących połączeniem skrótowości i liryzmu próbek prozy poetyckiej najlepszej próby. Jak chociażby fragment, w którym bohater po raz pierwszy spotyka Eszter, swoją mocno neurotyczną narzeczoną. Żadnych żółtych kwiatów, co się nikomu nie podobają, a jednak gdybym miał głosować na najbardziej zapadające w pamięć spotkanie bohaterów, "Spokój" znalazłby się w pierwszej trójce całej literatury powszechnej:

 

"Byłem już spóźniony, ale zatrzymałem się. Na początku przyglądałem się nie jej twarzy, ale dłoniom zaciśniętym na żelaznej poręczy. Na chwilę zapomniałem o liście Judit, o matce, o humanistce Anetcie, którą widziałem trzy razy i która już pewnie wyszła z sauny i czeka na mnie, zaledwie kilkaset metrów dalej, przed hotelem Gellért. Zapomniałem o teatralnych dekoracjach imitujących dziedzictwo Weérów i o łańcuchach zabezpieczających drzwi, o haniebnym grobie na Krerepesi, na którym już od lat nie chce rosnąć bluszcz, jakby posypali ziemię solą. Patrzyłem na tę kobietę w szarym płaszczu i zupełnie zapomniałem o aktorce Ivett Biró, która, z całą pewnością zainspirowana przez matkę, dopomogła mi w kryzysie wieku czternastu lat i po przedstawieniu Mewy zagrała taki orgazm w szatni wynajętej restauracji, jakby od dziesięciu lat nie widziała fiuta. Zapomniałem o artystce Mezei, która bardzo chciała, abym pomógł jej przejść kryzys wieku czterdziestu ośmiu lat, ale to nie udało się nawet Panu Bogu. (...)

  • - No, chodźmy – powiedziałem, kiedy już się napatrzyłem.

  • - Dobrze – odrzekła i spojrzała mi w oczy".

 

Z opublikowanych przed laty recenzji można wyczytać, że chodzi o skomplikowane relacje pomiędzy bohaterem i jego matką, siostrą, a także narzeczoną (to właśnie ta Eszter, na którą bohater tak długo patrzył na moście), a przy okazji mamy migawki z nieprzyjemnej (i dość podobnej do polskiej) historii powojennych Węgier. Ale po co to wszystko powtarzać? Nie lepiej cieszyć się stylem? A jest co docenić – Attila Bartis jest genialny także w opisywaniu scen erotycznych (na pohybel A. Pérez-Revertemu!), choć jego styl bywa też naprawdę odstręczający (jest tu np. okropna scena erotyczna z matką w roli głównej). Czasem liryczny, czasem wywołujący wstręt – jak Swansi.

 

PS. Nowa płyta Swansów, "To Be Kind", wyszła trzy dni temu, jest genialna. "Spokój" A. Bartisa w polskim przekładzie ukazał się 9 lat temu, więc zdążyliśmy o nim zapomnieć – zupełnie niesłusznie, bo też jest genialny.