136 Obserwatorzy
34 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

Proste historie z Bornholmu

Bornholm. Bornholm - Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Hubert Klimko-Dobrzaniecki w powieści „Bornholm, Bornholm” spisał proste, trochę banalne, a trochę poruszające historie kilkorga postaci związanych w jakiś sposób z Bornholmem. Właściwie to mógłby być niemal gotowy scenariusz na typowo środkowoeuropejski film o zwyczajnych ludziach. Taki na trzy gwiazdki z pięciu i nagrodę za scenariusz w Gdyni, bo w Berlinie to już niekoniecznie. Czyta się to bezboleśnie, ale i bez większych emocji – tak samo, jak ogląda się nudne filmy europejskie.

 

Skojarzenia filmowe są nieprzypadkowe, bo w książce „Bornholm, Bornholm” można zauważyć modną ostatnimi laty w kinie konstrukcję – przenikających się, ułożonych naprzemiennie historii, które niespecjalnie się ze sobą kleją, bądź nie kleją się wcale. Tu mamy tylko dwie (stąd chyba powtórzenie w tytule książki) – znudzonego życiem rodzinnym nauczyciela biologii, który dostaje powołanie do wojska na początku II wojny światowej oraz dość przeciętnego człowieka opowiadającego swoje życie zmarłej matce, z którą łączyły go raczej chłodne stosunki. Żadna z tych historii nie porywa – nauczyciel biologii nie odgrywa w wojnie żadnej roli, spisuje tylko raporty o przyrodzie na Bornholmie i ekscytuje się cebulkami tamtejszych tulipanów. Drugi z bohaterów mówi o rzeczach ważnych (np. śmierci dziecka), ale narracja snuje się dość niemrawo (jak to bywa nad ciałem zmarłej osoby). Do tego dochodzą postaci drugoplanowe – sąsiedzi bohaterów, z którymi budują oni mniej lub bardziej zażyłe relacje. I to w zasadzie wszystko.

 

Co w tej książce dobrego? Historie są proste, ale przekonujące, prawdopodobnie zasłyszane przez autora na Bornholmie. Autentyzm jest tym, co wyróżnia książkę na tle licznych filmów i powieści o podobnym charakterze i zbliżonej formie. Ile filmów o poszatkowanej strukturze, nie przedstawiającej jednak ani jednej porządnej historii widzieliście w ciągu ostatnich kilkunastu lat? Na podstawie książki „Bornholm, Bornholm” na pewno można by nakręcić niezgorszy obraz z całkiem broniącą się fabułą. Gorzej jest z warstwą literacką książki – język jest przejrzysty, ale mało finezyjny, a kilka fragmentów książki niebezpiecznie ociera się o banał (bohater przekładający motyle do osobnej gablotki jako symbol rozpadu małżeństwa). W sumie – całkiem przyzwoita powieść rozkręcającego się autora, ale do pierwszej ligi ciągle daleko.