136 Obserwatorzy
34 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

To również nie jest kolejne love story - „Pani Bovary” G. Flauberta

 

Nie lubię pani Bovary, Emma Bovary mnie wkurza, nie umiem się utożsamić z panią Bovary – tego typu opinii o książce Flauberta znajdziecie w Internecie tysiące. A ile jest tam również wyrazów rozczarowania, że nudna historia, że byle jaka ta miłość, że nie o to chodziło... No właśnie. Podobnie jak Śniadanie u Tiffany'ego, Lalka i Anna Karenina, to nie jest prosta historia miłosna. I ostatnie, o co mogło chodzić Flaubertowi to skłonienie czytelnika (czytelniczki) do tego, by się z Emmą Bovary utożsamić.

 

Najlepiej ukazuje to nowy przekład Pani Bovary autorstwa Ryszarda Engelkinga. Po pierwsze, jest ze wszystkich polskich przekładów najbliższy oryginałowi, zatem Panią Bovary w wersji Engelkinga czyta się jak Szekspira w tłumaczeniu Barańczaka – wybornie! Ale to nie wszystko. Engelking dodał do tekstu właściwego świetną przedmowę oraz jakieś 70 stron przypisów (zatytułowanych zgodnie z prawdą Plotki, przypisy, dywagacje).

 

Dowiemy się z nich m.in. tego, że Flaubert ukrył samego siebie pod postacią Bineta – niewiele znaczącego bohatera drugoplanowego, który nieustannie pracuje na tokarce, obserwując miasteczko ze swojego poddasza. Na tej tokarce wytwarza zarówno piękne, niepowtarzalne przedmioty, jak i nędzne kopie toczone dla zysku (właściwy zawód poborcy podatkowego wydaje się nieistotny, a Flaubert wymyśla go tylko na potrzebę jednej sceny, w której Emma próbuje namówić Bineta na defraudację państwowych pieniędzy). Moim zdaniem Binet to postać bardziej interesująca od wszystkich kochanków Emmy.

 

Podobnie jest z podkochującym się w pani Bovary Justynem, pomocnikiem aptekarza, który wzdycha za nią mniej lub bardziej otwarcie, a gdy nikt go nie widzi, dotyka ubrań i butów Emmy. Engelking zwraca uwagę na to, że fetyszyzm jest tu najzupełniej zamierzony i dosłowny. Przy okazji warto zauważyć, że jest to jedyna poza mężem postać w książce, który kocha Emmę szczerą i prawdziwą miłością. Bo ani Leon (niedojrzały, wpatrzony w siebie bufon, któremu studia dobrze by zrobiły, gdyby się do nich lepiej przykładał), ani Rudolf (prowincjonalny, tani łamacz serc) nie znają prawdziwej miłości. Emma Bovary również jej nie zna i prawdopodobnie dlatego zawsze tęskni za tymi miejscami, w których jej nie ma.

 

Nie ma w tym nic pięknego. Emma kilkakrotnie zżyma się na męża, myśląc o nim jako o nieznośnym, niezaradnym, nieuleczalnie praktycznym i prostackim niedołędze. Zresztą Karol sam się o to prosi, po co podnosi z ziemi cygarnicę należącą wcześniej do markiza, z którym Emma tańczy podczas balu w taki sposób, że narrator sugeruje orgazm? W ten sposób potwierdza, że nie tylko niczego się nie domyśla, ale w dodatku jest żałosny.

 

Niestety, Emma sama jest prowincjonalną heroiną, która marzy o sentymentalnej miłości, bo się naczytała romansów, ale prawdziwej miłości (Karola, Justyna) nie dostrzega i nie rozumie. To, w co wierzy to tani sentymentalizm, dlatego Emma rozczarowuje się na każdym kroku aż tak boleśnie. A że brakuje jej wielkości charakteru Don Kichota (który co prawda był szaleńcem, ale za to wspaniałym szaleńcem), Emma nieustannie ociera się o banał.

 

Są w Pani Bovary przynajmniej dwie genialne sceny erotyczne, tej samej klasy co ujęcie w karecie z Ziemi Obiecanej Wajdy. Pierwsza ma miejsce podczas balu, gdy Emma tańczy z markizem, Karol przysypia przy schodach, a Flaubert sugeruje, że dzieją się rzeczy nieprzyzwoite. I druga, bardziej dosłowna, w karecie ciągniętej przez dwie zlane potem chabety. Dlatego nie dajcie się zwieść pozornie sentymentalnej historii.

 

Najbardziej popularny przekład autorstwa Anieli Micińskiej narzucał sentymentalny model lektury. Engelking robi wszystko, by zdystansować czytelnika do Karola, Emmy, Leona i Rudolfa. Bo te postaci to prowincjonalny felczer (czyli nawet nie lekarz), niedouczona i leniwa wychowanka szkoły klasztornej, tani romantyk i wyrachowany pożeracz serc. Co wcale nie znaczy, że nie ma w nich nic tragicznego. Marzenie Emmy o tym, by znaleźć się tam, gdzie jej nie ma i nigdy nie będzie oraz wierna miłość Karola do małżonki pomimo zdrad i ruiny, do której go doprowadziła, mają w sobie coś wielkiego.

 

I dlatego ta książka jest wciąż żywa. A że trudno o bardziej mistrzowski pokaz kunsztu literackiego, lektura Pani Bovary to niezwykłe doświadczenie. Nawet w pojedynczych przymiotnikach Flaubert nawiązuje do rychłego upadku Emmy, podobnie jest w przypadku topografii – np. wzgórze Saint-Jean przypomina miejsce bitwy pod Waterloo, a tym samym narrator sugeruje Emmie, że jest już zgubiona (ale ona tego komunikatu odczytać nie umie). Jeżeli zatem Emma Bovary was wkurza, to wcale nie znaczy, że nie warto czytać tej książki. A najlepiej do niej wracać po wielokroć, jak to Hamleta i Don Kichota – każda kolejna lektura jest ciekawsza i pełniejsza, jeżeli zatem znacie tylko przekład Micińskiej, trzeba szybko sięgnąć po Engelkinga.

 

 

 

www.facebook.com/literaturasaute