136 Obserwatorzy
34 Obserwuję
piotrkopka

literatura sautée

Czytam nałogowo literaturę krajową i zagraniczną, najnowszą i ramoty, powieści i poezje. Nie lubię romantyzmu ani krzepienia serc.

www.literaturasautee.pl

Modlitwa w czasach technologii, czyli "Przypadki Lenza Buchmanna" Gonçala M. Tavaresa

Przypadki Lenza Buchmanna - Tavares Gonçalo M.

 

Medycyna i wojna to dwie różne formy używania prawej ręki. Zabijanie jest podniecające (bardziej niż kobiety), a uprawianie polityki metodą tyrana (trzeba wziąć miasto za gardło i potrząsnąć nim trochę – jak mówi Fortynbras w wierszu z podręcznika) jest jakąś tej przyjemności namiastką. Niemoralne? Oburzające? Na szczęście Lenz Buchmann, który tego typu aforyzmy wygłasza, to postać całkowicie fikcyjna (już po nazwisku poznamy, że jest Człowiekiem z Książki). Chociaż czasami przeglądając wiadomości z kraju i ze świata zastanawiam się, czy twarz Lenza nie pojawia się na jakiejś mównicy.

 

Gonçalo M. Tavares, namaszczony przez Joségo Saramago na kolejnego portugalskiego noblistę, w Przypadkach Lenza Buchmanna robi wszystko, by nie przypodobać się szerszej grupie czytelników. Styl jest skrótowy, aforystyczny niemal i trochę przygnębiający, główny bohater jest moralnym degeneratem, socjopatą i – co najgorsze – politykiem, a książka zaczyna się od gwałtu na służącej, do którego przymusza Lenza Buchmanna własny ojciec, mówiąc: Zrobisz to na moich oczach. Raczej nie jest to książka na plażę.

 

Wydawnictwo Literackie robi co może, żeby zachęcić czytelników do lektury. Z tylnej strony okładki możemy wyczytać, że to prawdziwie CZARNA KSIĄŻKA! Ale chyba trochę wbrew autorowi. Tu nie chodzi o skandal ani o szerzenie demoralizacji. Chyba nawet nie o szokowanie czytelnika. Tavares powoli, żmudnie, bez ukłonów w stronę czytelnika, może nawet nie licząc specjalnie na jego wyrozumiałość, przeprowadza wiwisekcję zbrodniarza, który jakimś cudem staje się osobą publiczną cieszącą się sporym szacunkiem. Jeżeli to jest „czarna książka”, to raczej w stylu Obcego Camusa czy jakiegokolwiek tekstu Thomasa Bernharda niż Łaskawych Littella.

 

Bardzo mi to odpowiada. Cenię sobie u Tavaresa jego bezkompromisowość, brak choćby jednego zbędnego zdania w tekście, zakorzenienie w tradycji literackiej (m.in. bildungsroman, powieść naturalistyczna, Kafka, Bernhard). Cenię sobie też to, że autor nie wyjaśnia mi niczego, nie daje do zrozumienia, że to jego bohater jest paskudny, a nie jego twórca – nie wszyscy pisarze traktują czytelnika jako pełnoprawnego partnera do rozmowy. I wreszcie odpowiada mi sposób, w jaki Tavares przygląda się władzy, która nie jest u niego ani formą wypełniania historycznej powinności, ani wyborem między większym i mniejszym złem, lecz po prostu cyniczną grą uprawianą zazwyczaj przez takich ludzi, którym nigdy świadomie nie podalibyśmy ręki. Podobne refleksje poświęcone władzy można zresztą znaleźć u innego pisarza portugalskiego, Antónia Lobo Antunesa (autora genialnego Podręcznika dla inkwizytorów, o którym pisałem tutaj).

 

Szkoda tylko, że Wojciech Charchalis (autor m.in. doskonałego nowego przekładu Don Kichota) nie pozostawił oryginalnego tytułu: Nauka modlitwy w czasach technologii. A może to sprawka wydawnictwa? Nie wiem. Pewnie to nadinterpretacja, ale nie mogę pozbyć się natrętnego wrażenia, że ma to jakiś głębszy sens. Czy słowo „modlitwa” użyte w tytule tak niemoralnego tekstu może obrazić czyjeś uczucia religijne? Chyba nie powinno, bo nasi domorośli obrońcy moralności i tak po tę książkę nie sięgną. Ale z drugiej strony, w zeszłym roku Golgoty Picnic też nikt nigdzie nie widział.

 

 

www.facebook.com/literaturasaute